Ameryka wymknie się Twoim oczekiwaniom

Gdy dorastałam, Ameryka jawiła mi się jako ojczyzna Walta Disneya, podwórkowych przyjaźni z „Cudownych lat”, nieograniczonych możliwości oraz kuszącego mitu od pucybuta do milionera. Myślałam „USA”, a przed oczami momentalnie jawiły mi się szklane drapacze chmur, wielopasmowe autostrady, wielkie samochody i piękne, podwieszane mosty. Tak się jednak stało, że żaden z tych obrazków nie pasował do tego, co na mnie czekało podczas mojego pierwszego pobytu w Stanach.

Byłam studentką amerykanistyki i przyszło mi spędzić lato w Tumalo, w Oregonie. Pojechałam tam na zaproszenie muzykującej rodziny, której byłam tłumaczką podczas ich koncertów w Polsce. Tumalo jest niewielką miejscowością, licząca niespełna 500 mieszkańców. Chciałoby się napisać „wioską”, lecz to sformułowanie przywodzi na myśl szereg gospodarstw usytuowanych blisko siebie, wzdłuż jednej czy dwóch ulic.

Tymczasem domy w Tumalo były dość luźno rozrzucone po płaskim terenie niemal u podnóża szczytów wulkanicznych Three Sisters. Między posiadłościami mieściły się stacja benzynowa, supermarket, kościół oraz jedna, dość szczególna restauracja rodzinna, w której pracowałam.  

Diamond ‘B’ Chuckwagon był prowadzony przez całą jedenastoosobową rodzinę: rodziców oraz ich ośmiu synów i jedną córkę. Restauracja mieściła się w dużej stodole, wypełnionej rzędami długich, drewnianych ław zwróconych w kierunku sceny na końcu sali.   

Każdego popołudnia jej drzwi otwierały się dla wielu wyczekujących już gości, cierpliwie stojących w kolejce po swoją porcję pieczonego  ziemniaka, bułkę, wołowinę w sosie własnym, mus jabłkowy oraz czekoladowe brownie na deser. Co ciekawe, była to jedyna i stała pozycja w całorocznym menu.

Po posiłku przychodził czas na gwóźdź programu, czyli obowiązkowy rodzinny show, składający się z hitów muzyki country i gospel. Lokalni Amerykanie bardzo cenili sobie czas spędzany u „mojej” rodziny. Tu nie chodziło o zwykłe wyjście do restauracji, tylko o wspólne biesiadowanie i celebrowanie rdzennych, amerykańskich wartości – rodziny, bycia dobrym sąsiadem i lokalnym patriotą.

Dzieci mojej host family nie chodziły do publicznej szkoły. Ich edukacja była oparta o tzw. home schooling oraz Biblię, która była ich główną i nadrzędną wartością w życiu. Wielokrotnie powtarzali mi, młodej Polce ciekawej świata: „To my jesteśmy prawdziwymi Amerykanami. Hollywood, Nowy Jork, to nie jest Ameryka!”

Byli dumni z tego, że są kowbojami, kochali swoje wysokie, skórzane buty i charakterystyczne kapelusze, z którymi rozstawali się chyba tylko do snu.  W swoim podejściu do świata nie byli wyjątkiem, w tamtym regionie Ameryki spotkałam wiele takich rodzin, dla których czas jakby zatrzymał się w którymś z odcinków „Domku na prerii.” Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo takiej Ameryki nie spodziewałam się zastać wcale.

Po lecie spędzonym z kowbojami, po odwiedzeniu wielu festiwali muzyki country w Oregonie, Waszyngtonie, Montanie i Idaho, przyszło mi zobaczyć zupełnie inną Amerykę – zabawową Kalifornię i młodych, ambitnych yuppies z Doliny Krzemowej pracujących od świtu do nocy w „dot-com business”, stałych bywalców w kasynach Las Vegas oraz „europejskich” intelektualistów Wschodniego Wybrzeża. W każdym z tych regionów czułam się, jakbym była w innym kraju.

Do Stanów wracałam jeszcze wielokrotnie, jednak tamto pierwsze lato dało mi prawdziwy posmak Amerykańskiej kultury w całej jej złożoności. To właśnie ten pierwszy pobyt uświadomił mi, że kultura amerykańska wymyka się spod kontroli obserwatora, jest tak różnorodna, iż trudno zamknąć ją w kilku uproszczeniach, tożsamych dla każdego z regionów. 

Pomimo tego, że niemożliwym zadaniem wydaje mi się opisanie „typowego Amerykanina”, to jednak odkryłam trzy powszechnie występujące cechy, bez względu na to, czy dana osoba pochodzi z Środkowego Zachodu, Południa, czy Północnego Wschodu.

Po pierwsze, duma narodowa. Amerykanie są dumni ze swojego kraju, jego historii, potęgi gospodarczej i militarnej. Oznaką dumy są chociażby Amerykańskie flagi, zawsze w zasięgu wzroku; na domach, przy sklepach, na samochodach, czy wreszcie koszulkach i gadżetach.

Po drugie, indywidualizm i egalitaryzm jako naturalna konsekwencja wychowania w demokratycznym kraju. Amerykanie powtarzają, że wszyscy jesteśmy równi i przez to mamy te same prawa, bez względu na pochodzenie, status społeczny czy majątkowy. Każdy ma takie samo prawo do wyrażania własnych opinii. To tutaj powstała idea self-made man, czyli człowieka sukcesu, który realizuje marzenia pomimo przeciwności losu, a swoje sukcesy zawdzięcza swojej ciężkiej pracy.

Po trzecie, otwartość. Ciężka praca jest wartością, co nie znaczy, że Amerykanie nie lubią się bawić. To jest otwarty i przyjacielski naród, który lubi być pomocny. Ich otwartość przejawia się w podejściu don’t judge – nie oceniaj, w myśl zasady, że każdy ma prawo do swojej wizji szczęścia i życia po swojemu.

Amerykę można by długo opisywać, jednak nic nie zastąpi własnego, namacalnego spotkania z tą fascynującą kulturą. Bez względu na to, jaką pielęgnujesz w sobie wizję tego kraju, możesz być pewien, że zastana rzeczywistość zaskoczy Cię, wymykając się oczekiwaniom. Warto wtedy brać przykład z Amerykanów i podróżując zachować otwartą głowę, bo tylko wtedy można w pełni doświadczyć owego osławionego American dream.

 

Autor:  Magdalena Jelonkiewicz-Bałdys

Trener KREATOR

Więcej o SZKOLENIA MIĘDZYKULTUROWE